Dziennik Wyprawowy cz. X

12 lutego 2018

ANATOMIA WIATRU

Wiatr – poziomy lub prawie poziomy ruch powietrza względem powierzchni ziemi, wywołany jest przez różnicę ciśnień oraz różnice w ukształtowaniu terenu… ble, ble, ble, tfuj, bleeee bełkot.

Na szczytach Tatr

Na szczytach Tatr

Na sinej ich krawędzi

Króluje wiatr

I ciemne chmury pędzi…

I nucę, z wiatrem…

Hej Hanno usłysz mnie

Wietrze wiej, w sinej mgle…

Zanieś moje słowa

Aż do Rużenberku…

Wiatr… to wiatr. Wieje, to liście z drzew spadają, albo śnieg z dachu, jeśli to zima akurat.

Liście, gnane ulicami jak koty uciekające przed psami, skłębione, najeżone. Wiatr… za oknem. Za domem w ogrodzie… gdzieś, gdzie trzcin połacie przygina do ziemi, gdzie marszczy lustra stawów i rozwiewa szale dziewcząt jak pierwszomajowe proporce… wiatr co dla wiwatu czapkę w powietrze porwie.

Ale tu, w środku czegoś co zwie się lodowcem Goldwyn Austen: nie ma okien, nie ma drzew, stawów i szalików, nie ma kotów ani psów. Jest jeden lis…

Ale jest również Wiatr. Albo wiatry, nieskończona ich ilość.

Król, Królowie niepodzielni tej krainy.

Wieje ciągle, bez przerwy, słychać go, je, ich. Ale gorzej, bo również go widać, i czuć.

Ile jest wiatrów? I jak u licha mam opowiedzieć Ci wiatr? Czy umiem?

Jeśli zamkniesz oczy, nie zobaczysz moich literek, nie, ale usłyszysz wiatr. A potem Go zobaczysz. Wewnątrz głowy… i przeniknie Cię dreszcz.

Wiatr kocha wolność.

Wolność wiatru… gdy niczym nieskrępowany gna z wiatrem w zawody, wtedy jest szczęśliwy, cichy. Lecz wystarczy najmniejszy opór, występ, ograniczenie… i wiatr ze złością zaczyna wyć, wygrażać, warczeć i zawodzić… i nigdy się nie poddaje.

Słyszę go, nie skrada się jak tchórz, lecz pędzi rozwiewając śnieżne włosy… zbliża się, jego radosny skowyt przeraża. Kulę się w czeluściach śpiwora… zaraz uderzy, zachłannymi ramionami obejmie namiot, potrząśnie nim i ryknie z całych sił: wuuuuuuu!

Teraz mnie ciemności nocy przeszedł dreszcz.

Najważniejsze, to nie oszaleć. Ale czym jest szaleństwo tutaj?

Wyciem wiatru?

Wiesz, co to jest wycie wiatru, wiatru którego możesz dotknąć i który to wiatr może dotknąć Ciebie?

Ile może być wiatrów? Nie, nie jeden…

Wiatrów jest sześć…

Wiatr pierwszy – to dzikie zwierzę. Namiot, sekunda ciszy. I nagle coś na niego skacze, potwór jakiś, szarpie się, jakby namiot był zrobiony z siatki, jakby się zaplątał w jego oczka próbując panicznie się uwolnić… rzuca się we wszystkie strony. Materiał błaga, rozpaczliwie próbuje nie dać się rozerwać, łopot, furkot. Nawet nie wiem czy to coś jest samo, czy w sidła uwięzienia wpadło całe stado czegoś, mniejszego. Nie wiem, ale czuję to, centymetry nad swoją głową. To coś wyje… i wreszcie, jakby linki krępujące szpony potwora puściły, skrzydła nie biją w materiał. On, one, ulatują, z wyciem, trwogą, złością. I zostaje szum.

Strumień ryżu sypiąc się na tropik jak szorujący po materiale ogon potwora. A potem kolejna cisza. Nie. To nie cisza. To dzwony w uszach. Gdy cichną… nie, nie ma ciszy, z oddali dochodzi ryk.

Wiatr drugi – niekończący się pociąg… Dudnienie… Po podkładach lodowych igieł lodowca jedzie pociąg wichru. Jet. Jet stream. Lokomotywa, jak taran prze i ryczy, a w ślad za nią niekończąca się wstęga wagonów. Uderzają, szorują, zgrzytają. Łomot. Zapętlony, jadący w kółko jak w dziecinnej kolejce, wyjący pociąg na wiadukcie drżącego lodu.

To ten wiatr, który szlifuje szczyty, tory rozpięte między wierzchołkami.

…I znów horda czegoś wpada na namiot. Szarpie…

Bo wiatry nie mają swej kolejności, hierarchii, porządku. Wiatr, to chaos…

Wiatr trzeci – gdy nadjeżdża metro a Ty stoisz, w otuleniu płaszcza w ciemnej norze stacji. To wiatr lodowcowy, niski, uderza z nienacka, słychać jak nadchodzi, gwiżdże o ostre lodowe żagle lodowca. Nadjedzie z pędem i tak samo przeminie zostawiwszy śnieżne zaspy i Ciebie w rozdygotaniu.

Wiatr czwarty – wodospad. Jest jak echo. Jak spadająca z wysokości woda. Słychać ją wszędzie ale nie dochodzi skądś, raczej znikąd, jest jak ćmiący ból zęba. Jest a go nie ma, bardziej go czuć niż widać, nie zaciąga śnieżnych pióropuszy, nie dymi ze szczytów.

Wiatr piąty – sunący piach lodową pustynią. Cichy, syczący jak wąż.

Pełznie po lodzie śnieżną mgiełką, przesypuje śnieg, niczym piach w dziwnej klepsydrze bez przewężenia. Powoli zasypuje dziury, ślady, szczeliny… szumi. Jak garść upuszczanego na szkło piasku z plaży.

Wiatr szósty – cisza. Zdarza się. Nastaje nagle, jakby coś wpadło do wody. Zniknęło, ale my dalej widzimy równe kręgi rozchodzące się w nicość. I dalej go słyszymy. To w uszach dzwoni cisza. Bezwietrzna chwila, w którą nie umiemy uwierzyć.

Sześć jest wiatrów, sześć: diabelska cyfra, bo to on, diabeł dmie w tę krainę jak w puzon, czy inną trąbę Jerycha… tylko nie robi tego dla zmyłki, dla odwrócenia uwagi. On to robi z pasją i zaciekłością. Wprost.

Gdy zamykam oczy widzę wiatr i te wszystkie narzędzia i czynności, które go naśladują…

Co mówisz? To wiatr naśladuje te odgłosy? A co to za różnica, powiedz.

*Wiatr jak łopot flagi w święto narodowe.

*Wiatr jak trzepanie prześcieradła z okna w bloku z wielkiej płyty.

*Wiatr jak ciągnięcie po asfalcie wora pełnego… czegokolwiek.

*Wiatr jak uderzanie fal o skalisty brzeg.

*Wiatr jak gniecenie w dłoni celofanowej kulki.

*Wiatr jak spadający ze skały worek z aluminiowymi talerzami.

*Wiatr jak odrzutowy samolot, to lądujący, to startujący, to znów kołujący po pasie.

*Wiatr jak szum gazowego palnika, odkręconego na maksa.

*Wiatr jak dudnienie pełnej aut autostrady, gdy Ty zrobiłeś sobie przerwę w podróży i stoisz w kolejce do Maca.

*Wiatr jak trzeszczenie starego, spróchniałego drzewa wiszącego nad rzeką.

*Wiatr jak dźwięk lutlampy opalającej starą farbę na zabytkowych, drewnianych oknach.

*Wiatr jak buczenie robota wyrabiającego w kuchni ciasto na chleb, gdy Ty chcesz w spokoju obejrzeć mecz.

*Wiatr jak charkot odklejania taśmy klejącej z pudła, które właśnie przyniósł Ci kurier.

*Wiatr jak dźwięk wysypującej piasek ciężarówki na budowie

*Wiatr jak wolno obracające się wiertło, gdy kopią studnię głębinową.

*Wiatr…

*Wiatr…

I gdy zabraknie jednego z tych dźwięków, ze zdziwieniem wyłażę z namiotu… czyżbym ogłuchł?

Wiatr… huk… a może to lawina pędzi w dół zboczy?

Raf